sleeping after midnight, czyli Judas Priest na Metal Hammer Festival

czwartek, 11 Sierpień, 2011

Tutył bynajmniej nie powinien sugerować, że było nudno. Raczej to, że Panowie z Judas Priest po blisko
dwu i pół godzinnej walce nie pozostawili zbyt wiele sił na jakiekolwiek inne działania.
Więcej tekstu znajdziecie u kolegi Lesława gdzie można się również dowiedzieć czy przeszkadzały mi lasery :)
Ja tymczasem zapraszam na pierwszy sort zdjęć – Morbid Angel i Judas Priest.


Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.

trzy kwadrat plus jeden, czyli W.A.S.P. z szybką wizytą w Krakowie

niedziela, 5 Grudzień, 2010

Dwie rzeczy można było usłyszeć po koncercie. Pełne zadowolenia potwierdzenia wokalnej formy Blackiego oraz pełne irytacji okreslenia sugerujące niedużą rozpiętość czasową koncertu. Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami. Setlista była potężna…i krótka. 10 kawałków i ledwo ponad godzina grania?
No bez jaj panowie…
Biorąc pod uwagę warunki w jakich przyszło jechać na koncert było to tym bardziej niepoważne zagranie. Set wręcz festiwalowy, który jednak jest grany na każdym przystanku obecnej trasy.

Warto jednak było to zobaczyć, a raczej usłyszeć gdyż wizualnie frontman prezentuje formę przeciwnie proporcjonalną do wokalnej. Wild Child , I Wanna Be Somebody, Heaven’s Hung in Black  czy Blind In Texas zaserwowany na koniec to numery przy których publiczność wrzała. Przez drugie pół setu wcale jednak nie było dużo spokojniej. Może faktycznie dobrym wyjściem byłoby jeździć tylko po festiwalach? Skoro Blackie tak źle sobie radzi ze spadkiem popularności, a forma nie pozwala na granie dłużej niż godzinę…

Nie było ani słowa o supporcie w postaci brazylisjkiego Shadowside co ninejszym nadrabiam. Starczy.

Mimo wszystko – poproszę więcej takich imprez! Jakieś wiaderko dobrego hard/glamu z lat 80/90. Zatrujmy się Poisonem, wywieśmy na drzwi ostrzeżenie – Danger Danger! Mógłby przyjechać Ładny Chłopak Floyd i kilka równie Pretty Maids. Głuche Kociaki wyrwą LwieSerce a wszytko to pożre finalnie jakiś Biały Wąż. Myślę, że wpadnie na taką imprezę nawet z 200 osób…
…tak to była ironia. Whitesnake zapchał 2 lata temu Stodołę, więc myślę, że taka idea ma prawo wypalić z potężnym hukiem. Uprzedzając pytania – nie, bez przetworów, które zaserwowano nam przed letnim prądowym porażeniem na Bemowie. Dlaczego z tym wyskoczyłem? A dlaczego wyskoczono z tym przed ACDC?

To ja może zaproszę na kilka zdjęć bo coś ironicznie mi idzie…

Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.

Night of the Jumps, czyli FMX w Ostravie…

niedziela, 21 Listopad, 2010

U nas z jakichś przyczyn FMXowe imprezy niebardzo się przyjęły, za to nasi południowi sąsiedzi co roku urządzają w Ostravie i Pradze jesienne freestylowe szaleństwo. Oczywiście pełna hala, oczywiście głośno, oczywiście spaliny i oczywiście Libor Podmol, który doprowadzał salę do wrzenia.

Rozpoczęło się glebą Alesa Liemanna. Jak dowiedzieliśmy się w przerwie, uszkodził sobie chłopak żebra. Mimo tego co się wyczyniało – więcej wypadków nie stwierdzono. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu wydawało się to niemożlliwe, a dziś backflipy klejone z czymkolwiek już chyba nikogo nie dziwią. Nikogo kto miał styczność z tą dyscypliną. Piękne wyciągnięte cliffhangery, indian airy, tsunami czy inne kiss of deathy przeplatane whipami i rock solidami tego również na szczęście było dużo. No i fantastyczny underflip Pana Podmola, nie dziwię się, że wygrał.

Skoro już zacząłem o liście, wspomniany tambylec czyli Libor zgarnął jedynkę. Drugi był Remi Bizouard a trzecią pozycję wylatał Brice Izzo. W highest air najwyżej bo na 10,3m poleciał Alastair Sayer.

I prawie byłby to koniec gdyby nie wisienka na torcie zapowiadana przez organizatorów – Scott Murray i proste z pozoru zadanie – wykonać podwójny backflip. No i wykonał. Jednak w tym miejscu muszę dodać coś od siebie, gdyż bardzo mnie ów wykonanie zaskoczyło. Podstawiona blisko landu krótka rampa od razu ostudziła moje oczekiwanie. Miałem nadzieję, że zrobi to stylowo…
Większe wrażenie wywarł na mnie backflip skuterem śnieżnym prezentowany 2 lata temu. No i oczywiście double backflip Travisa Pastrany – długi lot, prędkość…
To dzisiejsze było jakieś takie wprost z XXIw. – bylejakie i „kolorowe”. Cóż, ładnie wyglądało na plakacie.

Koniec zrzędzenia, zapraszam na kilka klatek. Nie jest to łatwy do fotografowania sport i to nie tyle pod względem technicznym a raczej ogólnoplanowym. Zawodnicy zmieniają się szybko, dobrych miejsc do fotografowania niewiele, a jeśli zdjęcia mają się różnić czymś więcej niż trickiem i osobą to…no właśnie to jest główny problem.
Mam jednak nadzieję, że się spodoba.

pagetop

  • .subskrybuj

  • .kontakt

  • .kategorie

  • .archiwum

  • .ostatnio dodane

  • .tagi

  • .komentarze