niedziela, 31 Październik, 2010
Parafrazując stare chińskie powiedzenie „człowiek człowiekowi wilkiem, a kiwi kiwi kiwi” można by je zakończyć „…a Deep Purple Morsem” – tylko po co. Poza tym już w tytule użyłem podobnej składni więc nie ma sensu się powtarzać. Jedziemy!
Zaczęło się od SBB, które ku mojemu zdziwieniu wyszło o kilka dobrych minut wcześniej niż planowano. Większe zdziwienie wywołał u mnie jednak obraz wypełnionego po brzegi Spodka, dawno tego nie było. Dlaczego zdziwienie? Ano dlatego, że purpurowi grają u nas dość często a podczas obecnej trasy zaliczają trzy wizyty na południu Polski – Rzeszów, Katowice i Wrocław. No nieźle.
Wracając jednak do Pana Skrzeka, Anthimosa i Nemetha. 45 minut zróżnicowanej muzyki rozgrzewało fanów na przybycie Deepów. Było spokojnie, było bluesowo, było progresywnie, w skrócie – było dobre SBB.
A gdy Gillan i spółka wkroczyli na deski…
Z tego co można opisać, było wszystko. No, prawie.
Jednak w tej sferze, którą ciężko ubrać w słowa…pochodna klimatu czy energii – nieważne jak to nazwać, bo i niewiele do nazwania niestety zostało. Au, brutalne.
Why so serious? Nie wiem w zasadzie. Siedzi sobie człowiek, patrzy, słucha…a para z komina wciąz bucha. Hmm, chyba coś nie gra…o właśnie – coś nie gra, mimo, że wszyscy grają. No, poza Gillanem, który to z reguły śpiewa. Gardło jednak już zdecydowanie nie to, słychać to dość często niestety. Jednak nie można ekipie zarzucić zdziadziałości – na scenie się dzieje, Glover z Morsem przemieszczają się często i cieszą się graniem – to widać. Paice i Airey z racji pełnionych funkcji przemieszczać się nie mogą, ale nie widać, żeby specjalnie się nudzili także wszystko w porządku.
I mimo tych wszystkich superlatyw narzekam? Wspomniałem wcześniej, że to nieopisywalna sfera zdarzeń.
Wyłuskajmy zatem pozytywy, wyjdzie jeszcze, że malkontent ze mnie jak na rasowego Polaka przystało.
Trylogia w okładce Pana Steva - Contact Lost, When a Blindman Cries i The Well Dressed Guitar. Od razu słychać kto odpowiada za który numer. I o ile nie wyobrażam sobie nikogo innego na początku i końcu wspomnianej trylogii – tak w solówce po magicznym „If You’re leavin’…close the door…I’m not expecting people…anymore…” nie wyobrażam sobie czegoś tak odległego od fraz Blackmore’a. Ale cóż, to zdecydowanie różni rozgrywający nie ma co roztrząsać.
Ciekawe było również solo Aireya. Wstęp do Perfect Strangers poprzedzony klasycznymi tematami oraz Mazurkiem Dąbrowskiego za które Don otrzymał potężne brawa rozpoczął żelazną i obowiązkową część koncertu. Perfect Strangers weszło tak jak nakazuje pierwsza część tytułu. Space Truckin’ i Smoke On The Water może odrobinę mniej, ale żeby ktokolwiek ziewał to raczej nie sądzę. Po krótkiej przerwie, w tzw. bisach usłyszeliśmy jeszcze żywe Hush i kończące występ Black Night.
No i tak. Miała być eksplozja…a był poprostu koncert Deep Purple. Szkoda, że nie miałem okazji oglądać ich trochę wcześniej podczas jednego z 48 występów w naszym kraju. Jednak cieszę się, że mogłem doświadczyć tej legendy na żywo.
Tymczasem zapraszam na doświadczenie kilku zdjęć z tego koncertu:


















Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
poniedziałek, 17 Maj, 2010
Miało być troche inaczej…ale to w tygodniu, jak znajdzie się kilka chwil, żeby napisać o paru zaległych imprezach.
A dziś? Krótko – cieszę się, że miałem okazję zobaczyć i posłuchać.
Szkoda, że nie będzie już możliwości powtórzyć takiego wydarzenia.
\m/ Panie Dio…kilka klatek z Katowic, rok 2007, genialny koncert:


