środa, 20 Październik, 2010
Z całkowitą stanowczością mogę powiedzieć, że uroda Vanessy odzwierciedla jej smyczkowe umiejętności. I jeśli trzymać się dalej tych zależności, z podobną stanowczością stwierdzam, że akustyk działający na tym koncercie musi żyć z urodą bardziej ekstremalną niż sam Quasimodo. Jako drugą opcję rozważam też fakt, iż może był to niesłyszący brat niewidomego oświetleniowca z koncertu Dimmu Borgir. Nieważne kto…brzmiało nienajlepiej.
Wszystko z tyłu, bez kopnięcia, bez basu i absolutnie zbyt płasko. Dlaczego się przyczepiłem? Szkoda było tracić to co działo się w tle kiedy Pani Mae tworzyła kolejną lawinę dźwięków swoim smyczkiem…
Pierwszy z dwóch setów trwających 45 minut zaczął się dość spokojnie. Kolejne pozycje z ostatniego studyjnego wydawnictwa Choreography m.in. Roxane’s Veil czy Emerald Tiger tworzyły spokojną atmosferę. Po takim wstępie przyszedł czas na zmianę instrumentu z akustycznych Guadagnini na równie rozpoznawalne w rękach artystki białe, elektryczne Jazz Fusion. Niestety tak jak się spodziewałem – na tak płaskim tle nawet Laughing Buddha, Contradanza czy Hocus Pocus wypadły nad zwyczaj nieenergicznie. Szkoda strasznie, pisałem to już, prawda?
Po zaplanowanej dwudziestominutowej przerwie skład ponownie wyszedł na scenę. Skład, właśnie. Dwóch perkusjonistów i bas tworzący często bardzo ciekawą sekcję rozpływali się po sali przemykając między zgromadzonymi jak chłodny powiew w upalny letni dzień. Czuć było czasem ich obecność, ale ciężko było jej doświadczyć na dłużej i zatrzymać. Dęciak, klawisze i gitara również zlewali się z tłem budowanym z zestawu kilku smyczków siedzących na samym końcu sceny. No jak tak można?
Może zasnął ten gość od suwaczków przeróżnych…
Po przerwie zrobiło się Choreographicznie oraz bardziej klasycznie od pierwszej części, a to za sprawą m.in. Bach Street Preludem czy Sabre Dance.Na koniec wpadła Toccata oraz długie brawa po których rozbrzmiał utwór stworzony przez jegomościa o nazwisku Vivaldi…oczywiście – Storm.
Zabrakło mi takich numerów jak Classical Gas czy Red Hot. Bardzo lubię Violin Player, i przyznać muszę, że czekałem na te pozycje.
Narzekam? Kiedyś można, trzeba wręcz.
Podsumowując – dało się tego słuchać, ale było to podane jak szampan w kartonikowym kubku. Z chęcią wybiorę się jeszcze raz przy najbliższej możliwej okazji i doświadczę tych dźwięków w smukłym kieliszku Riedla ;)
P.S. Obecnie z głośnika sączy się Contradanza i potwierdza, że dźwięk był zupełnie pozbawiony cohones…ale chyba coś o tym wspomniałem na początku.



Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
poniedziałek, 18 Październik, 2010
Heaven Is A Place On Earth jak to nam śpiewała Belinda Carlisle.
Parafrazując w nawiązaniu, mógłbym zaśpiewać – Krosno is a place in Poland…jednak śpiewać nie powinienem.
W tym też miejscu na południowo-wschodnim krańcu naszego kraju w niewielkim klubie odbył się koncert Acid Drinkers. Warto kilka słów napisać na temat krośnieńskiego Rock Iron Klub. Metalrockowa kraina wita nas od wejścia niepowtarzalnym klimatem. Na ścianach olbrzymie plakaty Helloween, AcDc, Metallica, Doro, Judas Priest…to miejsce musi być zarządzane przez ludzi, u których w żyłach płynie Rock ‘n Roll. I tak też jest!
Klubowe koncerty mają swój niezaprzeczalny i niepowtarzalny klimat. Acids w wypełnionej po brzegi sali, w której czeka z coraz większą niecierpliwością niewiele ponad 200 osób? To nie zdarza się często. Nie oczekiwanie – Acids na scenie bez barier, na wyciągnięcie ręki, w takiej atmosferze w jakiej chciałoby się zobaczyć Motorhead.
Mouga – support Kwasożłopów na obecnej trasie to całkowity żywioł na scenie. 40 minutowa rozgrzewka zdecydowanie podniosła temperaturę w klubie a uszy zostały przygotowane na 20 nadchodzących, miażdżących utworów.
Kiedy Titus z ekipą weszli na scenę i zaczęli od Ring Of Fire pochodzącym z najnowszej płyty jasnym się stało, że przebaczenia nie będzie. Następny był Hit The Road, Jack – również promujący ostatnie wydawnictwo, a zaraz po nim podróż w przeszłość – przedstawiciel Infernal Connection – Hyperenigmatic Stuff Of Mr. Nothing. Jeśli ktokolwiek miał nadzieję, że zebrana banda wariatów zwolni po tych kilku utworach i sytuacja się ustabilizuje – musiał porzucić nadzieję. Już w tym momencie widać było, że tempo znacząco nie spadnie. Bo i niby jak miało spaść skoro dostawaliśmy kolejno Bring It On Home, Poplin Twist ze świetnego Strip Tease, kolejne covery – Bad Reputation z repertuaru Thin Lizzy czy Blood Sex Sugar Magic czerwonych ostrych chilipapryczek. Oczywiście nie zabrakło sztandarowego Barmy Army z pierwszej płyty, po czym na scenie się zamieszało…i Ślimak z gitarą wylądował za mikrofonem, Jankiel przejął bas a Titus zasiadł za garami. Tylko Popcorn zdołał obronić swoje stanowisko. Et Si Tu N’existais Pas to kolejny utwór podczas którego Ślimak zabiera głos. Zdecydowanie spokojniejszy w wykonaniu od totalnego szaleństwa jakie zawsze można oglądać podczas Midnight Visitor. Po powrocie wszystkich na swoje miejsca rozbrzmiały Pump The Plastic Heart, Drug Dealer i The Joker ze starszych numerów oraz Hot Stuff i New York, New York z ostatniej płyty. Na koniec głównej części – Swallow The Needle.
Krótka przerwa, rzut oka na setlistę i…Titus oznajmił, że dostaniemy jednak coś innego niż było zapisane – Whiplash.
Niestety na tym zakończył się koncert. Nie było Nothing Else Matters, Pizza Driver i Love Shack, które widniały na setlistach naklejnych po obu stronach sceny. Trochę szkoda, dobre to kawałki a i nie byłem chyba jeszcze na koncercie, na którym brakowałoby Pizza Drivera. Jednocześnie nie byłem też na tego typu koncercie Acidów. Zawsze była to duża scena (Stodoła, Spodek) i przynać muszę, że zyskują chłopaki w takim klubowym wydaniu. Dialogi z fanami, przybijanie wyciągniętych rąk i totalna zabawa z zachowaniem pełnej kultury – niesamowita atmosfera w niesamowitym miejscu.
Koncert absolutnie warty zobaczenia.
Zdjęcia niestety trochę mniej z racji warunków…zapraszam jednak na rzut oka:












Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
