poniedziałek, 17 Maj, 2010
Miało być troche inaczej…ale to w tygodniu, jak znajdzie się kilka chwil, żeby napisać o paru zaległych imprezach.
A dziś? Krótko – cieszę się, że miałem okazję zobaczyć i posłuchać.
Szkoda, że nie będzie już możliwości powtórzyć takiego wydarzenia.
\m/ Panie Dio…kilka klatek z Katowic, rok 2007, genialny koncert:



piątek, 30 Kwiecień, 2010
Scena. Na środku krzesło. Wyszedł, usiadł i zaczął plumkać po swojemu. Bobby McFerrin znany chyba przede wszystkim z utworu „Don’t worry be happy” zagrał w zabrzańskim DMiT. Zagrał to akurat dość przewrotnie powiedziane, w każdym razie porwał publiczność.
Najpierw spokojnie siedząc pokazał co i jak potrafi zrobić z dźwiękami, a potem jak zjednać sobie słuchaczy i wykorzystać ich do współtworzenia koncertu. Zapraszał ludzi na scenę by potańczyli. Zapraszał też pod scenę żeby z nim pośpiewali. I to był jeden z ciekawszych momentów wieczoru. Zjawiło się kilka osób, popróbowali z Bobbym na różne sposoby a na końcu dziewczyna, która od początku wydawała się cicha i spokojna…chyba jako jedyna wyraźnie zaskoczyła wokalistę.
- co chcesz zrobić?
- jeszcze nie wiem
- to ja Ci dam minutę, zastanów się, a teraz pośpiewamy z następną osobą
Minuta minęła…a z głośników wylały się frazy Sweet Home Alabama zaśpiewane w spokojnym soulowym stylu.
Świetny duet i paraliżujące wykonanie.
Co poza tym? Znane punkty programu. „Ave Maria” w wykonaniu Bobbyego (Bach) i publiczności (Gounod).
16 osób na scenie tworzących 4 głosowy chór. I tak przez ponad półtorej godziny.
Aaa zapomniałem, był jeszcze Marcin Wyrostek towarzyszący Bobbyemu na akordeonie. Trochę się poprzedrzeźniali na różne dźwięki, pograli parę chwil…i to tyle. Na mnie dużo większe wrażenie zrobił wspomniany cover Lynyrd Skynyrd.
Bisów nie było, za to była możliwość zadania kilku pytań i przekonania się, że poza niesamowitymi możliwościami Bobby to wyluzowany i błyskotliwy facet. Nie dał się zaskoczyć ani jednym pytaniem, za to zawsze zaskoczył odpowiedzią. Udany wieczór.
Teraz przyszła pora na tą część ze zdjęciami. Tutaj trochę gorzej. Światło mocno takie sobie, artysta nieruchomy a na fotografowanie tylko 15 minut. No ale coś tam jednak mam, zapraszam zatem.



Fotografia koncertowa zapraszam.
poniedziałek, 1 Marzec, 2010
Jeśli początkiem lutego UDO nie wyzamiatał wszystkiego, to Volbeat swoją wizytą w Studio nadrobił ów zaległości bez wątpienia.
Gdzieś coś o nich słyszałem, znałem pare numerów…i to tyle. Wiedziałem w każdym razie, że nudno nie będzie stąd i decyzja o wyjeździe na koncert była przesądzona. Nie zawiodłem się, Kraków w tym roku zaskakuje co koncert.
Support w postaci The Bulletmonks pokazał co to znaczy rozgrzać publiczność. Tak właśnie – rozgrzać, nie znudzić. Taka nowość w tym roku. Kawał niezłego, energetycznego, rockandrollowego grania. Widzałem na YouTube Slither Velvetów w ich wykonaniu. Szkoda, że nie dane było doświadczyć na żywo. Jest moc w tym kawałku!
Po sprawnym opuszczeniu sceny przez w/w przyszedł czas na Volbeat. Niezłe arty na scenie, gustowny dywanik…szkoda, że światło było niekoniecznie fajne. Bywa.
Ekipa zainstalowała się na scenie, Pan wokalista Michael zrobił kilka pamiątkowych zdjęć po czym dostaliśmy jasną informację – bez taryfy ulgowej. Co tu dużo pisać, armia dzwięków rozprawiła się z przybyłymi i nie brała jeńców. To jest właśnie występ, którym można zdefiniować energię i zaje***sty kontakt z publicznością.
Głosy po koncercie były różne. Większość to oczywiście fanowie i fanki, więc byli raczej zadowoleni. Niektórzy kwitowali występ słowami „fajnie grali”, no ok, może być i tak. Jeszcze inni byli odrobinę zawiedzeni.
Ja ich wszystkich rozumiem. Była moc i energiczny show. Muzycznie było dość wtórnie a wokalista pił chyba z butelki Jamesa Hetfielda gdy Volbeat gral jako support Mety. Jednak wyszedłem zadowolony. Nie nastawiałem się na nowatorskie rozwiązania i wirtuozerskie etiudy. To koncert, który pozwala na kilkadziesiąt minut zapomnieć o wszystkim miażdżąc falą dźwięku…
Na potęgę posępnego czerepu! Czy jak to tam wołał ten nie do końca ubrany superhiroł z mieczem :)
Zapraszam na garstkę zdjęć…

















A podczas powrotu świecący księżyc pozwolił upolować coś takiego…

Fotografia koncertowa zapraszam.