Night of the Jumps, czyli FMX w Ostravie…

niedziela, 21 Listopad, 2010

U nas z jakichś przyczyn FMXowe imprezy niebardzo się przyjęły, za to nasi południowi sąsiedzi co roku urządzają w Ostravie i Pradze jesienne freestylowe szaleństwo. Oczywiście pełna hala, oczywiście głośno, oczywiście spaliny i oczywiście Libor Podmol, który doprowadzał salę do wrzenia.

Rozpoczęło się glebą Alesa Liemanna. Jak dowiedzieliśmy się w przerwie, uszkodził sobie chłopak żebra. Mimo tego co się wyczyniało – więcej wypadków nie stwierdzono. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu wydawało się to niemożlliwe, a dziś backflipy klejone z czymkolwiek już chyba nikogo nie dziwią. Nikogo kto miał styczność z tą dyscypliną. Piękne wyciągnięte cliffhangery, indian airy, tsunami czy inne kiss of deathy przeplatane whipami i rock solidami tego również na szczęście było dużo. No i fantastyczny underflip Pana Podmola, nie dziwię się, że wygrał.

Skoro już zacząłem o liście, wspomniany tambylec czyli Libor zgarnął jedynkę. Drugi był Remi Bizouard a trzecią pozycję wylatał Brice Izzo. W highest air najwyżej bo na 10,3m poleciał Alastair Sayer.

I prawie byłby to koniec gdyby nie wisienka na torcie zapowiadana przez organizatorów – Scott Murray i proste z pozoru zadanie – wykonać podwójny backflip. No i wykonał. Jednak w tym miejscu muszę dodać coś od siebie, gdyż bardzo mnie ów wykonanie zaskoczyło. Podstawiona blisko landu krótka rampa od razu ostudziła moje oczekiwanie. Miałem nadzieję, że zrobi to stylowo…
Większe wrażenie wywarł na mnie backflip skuterem śnieżnym prezentowany 2 lata temu. No i oczywiście double backflip Travisa Pastrany – długi lot, prędkość…
To dzisiejsze było jakieś takie wprost z XXIw. – bylejakie i „kolorowe”. Cóż, ładnie wyglądało na plakacie.

Koniec zrzędzenia, zapraszam na kilka klatek. Nie jest to łatwy do fotografowania sport i to nie tyle pod względem technicznym a raczej ogólnoplanowym. Zawodnicy zmieniają się szybko, dobrych miejsc do fotografowania niewiele, a jeśli zdjęcia mają się różnić czymś więcej niż trickiem i osobą to…no właśnie to jest główny problem.
Mam jednak nadzieję, że się spodoba.

nad rzeczką opodal granicy, czyli Vanessa Mae w Ostravie

środa, 20 Październik, 2010

Z całkowitą stanowczością mogę powiedzieć, że uroda Vanessy odzwierciedla jej smyczkowe umiejętności. I jeśli trzymać się dalej tych zależności, z podobną stanowczością stwierdzam, że akustyk działający na tym koncercie musi żyć z urodą bardziej ekstremalną niż sam Quasimodo. Jako drugą opcję rozważam też fakt, iż może był to niesłyszący brat niewidomego oświetleniowca z koncertu Dimmu Borgir. Nieważne kto…brzmiało nienajlepiej.

Wszystko z tyłu, bez kopnięcia, bez basu i absolutnie zbyt płasko. Dlaczego się przyczepiłem? Szkoda było tracić to co działo się w tle kiedy Pani Mae tworzyła kolejną lawinę dźwięków swoim smyczkiem…

Pierwszy z dwóch setów trwających 45 minut zaczął się dość spokojnie. Kolejne pozycje z ostatniego studyjnego wydawnictwa Choreography m.in. Roxane’s Veil czy Emerald Tiger tworzyły spokojną atmosferę. Po takim wstępie przyszedł czas na zmianę instrumentu z akustycznych Guadagnini na równie rozpoznawalne w rękach artystki białe, elektryczne Jazz Fusion. Niestety tak jak się spodziewałem – na tak płaskim tle nawet Laughing Buddha, Contradanza czy Hocus Pocus wypadły nad zwyczaj nieenergicznie. Szkoda strasznie, pisałem to już, prawda?

Po zaplanowanej dwudziestominutowej przerwie skład ponownie wyszedł na scenę. Skład, właśnie. Dwóch perkusjonistów i bas tworzący często bardzo ciekawą sekcję rozpływali się po sali przemykając między zgromadzonymi jak chłodny powiew w upalny letni dzień. Czuć było czasem ich obecność, ale ciężko było jej doświadczyć na dłużej i zatrzymać. Dęciak, klawisze i gitara również zlewali się z tłem budowanym z zestawu kilku smyczków siedzących na samym końcu sceny. No jak tak można?
Może zasnął ten gość od suwaczków przeróżnych…

Po przerwie zrobiło się Choreographicznie oraz bardziej klasycznie od pierwszej części, a to za sprawą m.in. Bach Street Preludem czy Sabre Dance.Na koniec wpadła Toccata oraz długie brawa po których rozbrzmiał utwór stworzony przez jegomościa o nazwisku Vivaldi…oczywiście – Storm.
Zabrakło mi takich numerów jak Classical Gas czy Red Hot. Bardzo lubię Violin Player, i przyznać muszę, że czekałem na te pozycje.
Narzekam? Kiedyś można, trzeba wręcz.

Podsumowując – dało się tego słuchać, ale było to podane jak szampan w kartonikowym kubku. Z chęcią wybiorę się jeszcze raz przy najbliższej możliwej okazji i doświadczę tych dźwięków w smukłym kieliszku Riedla ;)
P.S. Obecnie z głośnika sączy się Contradanza i potwierdza, że dźwięk był zupełnie pozbawiony cohones…ale chyba coś o tym wspomniałem na początku.

vanessa mae / jedrysik.comvanessa mae / jedrysik.comvanessa mae / jedrysik.com
Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.

crazy night w Ostravie, czyli Kiss z wizytą u naszych południowych sąsiadów…

sobota, 22 Maj, 2010

Są kapele, które samą swoją obecnością i muzyką robią tak zwane show. Jest ich masa.

Są kapele, które robią show, jednak muzycznie niekoniecznie. Jest ich…Rammstein.
A Panie, Panowie…Kiss, znacie?  W zasadzie kto nie zna, grają już kilka lat. Dokładniej 38. Sami mają około 60tki na karku, a przynajmniej fialry kapeli – Paul i Gene.
Jednak to co ta ekipa tworzy na scenie ciśnie na usta jedno słowo – nieprawda!
(no ok, pierwsze było „oni sa k*a niemożliwi” ale na potrzeby kulturalnej relacji przywołałem powyższe)
Kawał dobrego rocka podpartego tak żywym show, że wielu młodych mogłoby się uczyć. Po nich w ogóle nie widać wieku, szaleństwo na scenie przez ponad 2godziny. Taki mix dwóch przytoczonych na początku przypadków.

A jak to się zaczęło? Kiedy tata i mama się kochają, a motylki…nie, chyba za daleko, chodziło o koncert.
Kurtyna opadła, zadymiło, wystrzeliło…i trzech gitarzystów wyjechało na platformie unosząc się nad perkusistą i lądując chwilę później na scenie.
„Modern Day Delilah” i „Cold Gin” zlatują szybko, niestety tylko tyle mamy czasu na fotografowanie. Inną sprawą jest to, że przez te 10 minut dzieje się wiele. Chłopaki, a właściwie Panowie poprostu dają z siebie wszystko robiąc miny, pozy i grając cały czas z kamerami i publiką.
Zastanawiam się ile kostek traci Paul podczas koncertu. Strzelam, że równowartość niezłego obiadu, rzuca nimi co chwilę i w każdą stronę, wszędzie.

Jako, że trasa promuje ostatnią płytę Sonic Boom, dostajemy przekrój całej kariery zespołu. Na płycie ludzie w przedziale wieku 12-60 lat. Bawią się jak to czesi…statycznie.
Pierwszy set, który solidnie rozruszał płytę – Deuce, Crazy Night i Caling Dr. Love. Słychać, że Paul nie wyciąga już wysokich partii, ale podczas takiego spektaklu nie zwracamy na to uwagi, nie ma sensu.
Po tej trójce, trochę się uspokoiło, przeplotło solówkami Thayera i Singera jednak od strony muzycznej trochę nie wiem po co. Jeśli Gene i Paul chcieli odpocząć to lepiej byłoby zagrać Forever, którego bardzo brakowało.
Odpoczęli jednak i od tego momentu nie było przebaczenia.
Wyszedł Gene ze swoim toporem. Świetlny spektakl z demonicznymi dźwiękami basu a z ust muzyka sączy się sztuczna krew. Po chwili liny porywają  go na podest ok. 10 metrów nad sceną a z głośników spływa „I love it loud”. Ten utwór postawiony przy melodyjnych Crazy Night czy Lick It Up pokazuje jak różnorodnie pogrywają Ci wymalowani wariaci.
Potem dalsze żniwa energii – Black Diamond, pierwsza zwrotka Whole Lotta Love i fantastyczne Detroit Rock City.
Światła gasną…a ja czekam, znam setlistę.

Wszystko według planu, dostajemy „I was made for lovin’ You” a Paul ląduje na podeście przy akustykach.
Jak? Zwyczajnie – na linie przeleciał. A co?
Jak już wrócił na scenę  to przyszła pora na to, na co czekałem cały wieczór.
Świetny cover wprost z wielkiej podróży Billa i Teda.
Hymn otwierający Revenge z 1992 roku – „God Gave Rock ‘n Roll to You” odśpiewany oczywiście z publiką.
Chyba nikt nie siedział (a to juz dużo jak na ten naród).
Tym samym dobrnęliśmy do końca, prawie. Pozostał jeszcze utwór zamykający koncert. Jakieś takie słabe, niewyraźne pitolenie o Rock and Rollu. Nie wiem o co chodziło, ale wszyscy skakali i darli się wraz z wokalstą – I wanna rock and roll all nNite…and party everyday!!
I jeśli to ma wyglądać tak jak dziś to ja poproszę jeszcze podwójne frytki!
I piwo! I zasmażka!
Finał koncertu wyrwał mi z gardła ostatnie samogłoski zakupione od Pana z dużym wąsem.
Ah, i wybuchy jeszcze były. Dużo wybuchów. Tak właśnie wyglądał show of the year 2010.
Nie sądzę, żeby ktoś to przebił. Na pewno nie w takiej formie.
Za tydzień AcDc, ale to inny kaliber całości. For those about to rock – FIRE – we salute You!
…ale o tym będzie za tydzień, teraz zapraszam na garstkę zdjęć. Stay tuned!

Byłbym zapomniał. Podczas koncertu na scenie wylądowała polska flaga. Jedyny element poza stringami, który dotarł od publiki.
Przy okazji zastanawiam się jak to jest. W przeciągu trzech dni Kiss gra w Czechach dwa razy – Ostrava i Praga. CEZ Arenę odwiedziło ok. 10.000 fanów. Chwilę wcześniej były też Wiedeń i Słowacja. Na każdym z tych eventów lądują fani z Polski, ale u nas koncertu sie nie organizuje…why, dlaczego?

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Kiss, Sonic Boom Tour, Paul Stanley, Gene Simmons, Ostrava | jedrysik.com

Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.

pagetop

  • .subskrybuj

  • .kontakt

  • .kategorie

  • .archiwum

  • .ostatnio dodane

  • .tagi

  • .komentarze