niedziela, 7 Listopad, 2010
I tak pewnego dnia, według wielu dostępnych źródeł powszechnie uznawanego za wigilię jednego z największych wydarzeń w dziejach ludzkości zagrał w opisywanym już tutaj wcześniej miejscu znanym jako Old Timers Garage – Zespół Reprezentacyjny.
Pełna sala, zespół w rewelacyjnej formie – musiało być dobrze. Ponad 2 godziny utworów Georgesa Brassensa, Lluisa Llacha, Jana Nohavicy, Monty Pythona…znaczy liryczny to był wieczór. Humoru również nie zabrakło. Panowie Gugała i Łobodziński znajdowali co kilka utworów nową historię do opowiedzenia, a nawet podążyli Schodami Do Nieba znaneych brytyjskich pionierów rocka, którzy w poprzednich swoich wcieleniach prawdopodobnie konstruowali sterowce.
Rewelacyjna to była odskocznia od mainstreamowej papki, którą jesteśmy faszerowani na codzień. Nie zawsze w pełni zgodnie z salonową formą naszego języka jednak przez to w pełni dosadnie i szczerze przede wszystkim. Nikt sali nie opuścił ze słowami „co za chamstwo” a wszyscy bawili się doskonale. Dziwne to trochę, że w modnej obecnie muzyce bloków na wszelkie przekleństwa reaguje się zupełnie inaczej…oni też mają czasem coś do powiedzenia.
Po koncercie zwyczajowo już spotkanie z zespołem, seria pytań i odpowiedzi, podpisywanie płyt…i do domu. Standardowo jednak nie było gdyż sala pozostała pełna jak podczas koncertu, a pytań padła dosłownie garstka. Jednak to drugie tylko dlatego, że rozgadany duet Gugała/Łobodziński serwował naprawdę długie opowieści ze swojej przeszłości. Ciekawe i zabawne opowieści.
Cóż, pozostaje teraz zaprosić na kolejną porcję zdjęć…życzę miłego odbiorcy:















Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
środa, 14 Kwiecień, 2010
Dużo zajęć, duże opóźnienia…niedobrze. Znaczy dobrze, ale nie lubię i nie chcę zaniedbywać tego miejsca…i jeszcze kilku innych…no ale do rzeczy.
Miał być muzyczny weekend lecz z wiadomych względów był tylko piątek. Piątek pod znakiem Los Desperados w Old Timers Garage. O miejscu już pisałem, same pozytywy, a gwiazda wieczoru pasowała tutaj w 100%. Świetne granie na 2 pudła. Joe Satriani, Paco de Lucia, Pat Metheny, Dream Theater, Mozart, Steve Morse, Django Reinhardt…dużo tego i różnorodnie. Dzięki temu właśnie fantastycznie się słuchało a czas zleciał szybciej niż potok dźwięków płynących ze sceny. Jak mówili wykonawcy – był to muzyczny przekrój przez czasy kiedy grali na skrzypcach, fortepianach czy innych grzebieniach. Dobrze, że wybrali strunowce zwane gitarami, idzie im to całkiem nieźle. Sam koncert w jak zwykle fantastycznej atmosferze, kawał dobrego grania, kontaktu z publicznością i humoru. „Always With Me…” Satcha zagrany na start zadziałał na mnie bardzo pozytywnie. Od tego numeru zaczęła się moja przygoda z gitarą – genialny utwór genialnego człowieka. „Mediterranean Sundance” z repertuaru Paco de Lucia, który po raz pierwszy słyszałem z prześwietnego Friday Night in San Francisco w trio z Al di Meolą i Johnem McLauglinem też był dla mnie kluczowym punktem wieczoru. Żeby nie było w pełni coverowo, dostaliśmy również kilka świetnych autorskich kompozycji. Na koniec z sufitu zjechały dla chłopaków 2 butelki piwa pasującego nazwą do zespołu…ot kolejna fajna inicjatywa właściciela Old Timers.
Jak gdzieś na mieście zobaczycie plakat anonsujący koncert Los Desperados to bez wachania po bilety!
A teraz jak zwykle zapraszam na kilka klatek z wieczoru. Nic nie pomarudziłem? Nie może być. Na kontrę w takim razie pójdzie dziś światło – było bez szału do którego zostałem przyzwyczajony. Detal, nadrobimy następnym razem! 









Fotografia koncertowa zapraszam.
sobota, 27 Marzec, 2010
Marzec miesiącem mniej muzycznym acz zasypanym różną pracą. Na szczęście już nie śniegiem. Czasem jednak udaje się gdzieś wyrwać dla przyjemności. W tym przypadku jednak…połączonej z pracą.
Katowice. Dawne kino „Piast”. To tutaj parę ładnych lat temu siedziałem jako brzdąc obserwując na ekranie przygody Bolka i Lolka. Przyjmijmy, że było to 20 lat temu. Dziś w tym miejscu jest klub. I to jaki! Old Timers Garage rozwijany przez kolekcjonera starych samochodów. I to jakich! Na pewno sporo starszych ode mnie. Np. taki policyjny Chevrolet Fleetline z ’47 stojący pod sceną. Rozpisywać się nie będę, zapraszam na www.old-timers.pl
Moje wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. Miejsce z klimatem, spokojne i bez dymu. Nareszcie wychodzę z klubowego koncertu i nie muszę razem z wszystkimi rzeczami wchodzić do pralki! Na sali samochody, przemiła obsługa, świetnie oświetlona scena. Dla przybyłych herbata lub kawa w formie poczęstunku. Kalendarz koncertów już w tej chwili nieźle zapełniony. Jestem pod wrażeniem!
Koncert. Mirek Czyżykiewicz, poezja śpiewana. Oprócz własnych tekstów Mirek komponuje muzykę do wierszy Josifa Brodskiego. On i jego gitara – to widać i czuć, że instrument i muzyka zajmują czołową pozycję w życiu autora. Nie jest to repertuar towarzyszący mi na codzień, ale nazwisko znane i z wielką przyjemnością poszedłem na koncert. Zostałem zaskoczony tak wykonaniem i pełnym zaangażowaniem jak i samym miejscem.
Po koncercie była możliwość rozmowy z artystą, zadania kilku pytań. Dowiedzieliśmy się, że inspirują go podróże pociągiem oraz, że gitara faktycznie zajmuje specjalne miejsce w jego życiu…tym miejscem jest futerał.
Dobry relaks po całodziennej gonitwie. Zapraszam na garstkę zdjęć.







Fotografia koncertowa zapraszam.
