w starym kinie na 12 strunach, czyli Los Desperados w Old Timers Garage

środa, 14 Kwiecień, 2010

Dużo zajęć, duże opóźnienia…niedobrze. Znaczy dobrze, ale nie lubię i nie chcę zaniedbywać tego miejsca…i jeszcze kilku innych…no ale do rzeczy.

Miał być muzyczny weekend lecz z wiadomych względów był tylko piątek. Piątek pod znakiem Los Desperados w Old Timers Garage. O miejscu już pisałem, same pozytywy, a gwiazda wieczoru pasowała tutaj w 100%. Świetne granie na 2 pudła. Joe Satriani, Paco de Lucia, Pat Metheny, Dream Theater, Mozart, Steve Morse, Django Reinhardt…dużo tego i różnorodnie. Dzięki temu właśnie fantastycznie się słuchało a czas zleciał szybciej niż potok dźwięków płynących ze sceny. Jak mówili wykonawcy – był to muzyczny przekrój przez czasy kiedy grali na skrzypcach, fortepianach czy innych grzebieniach. Dobrze, że wybrali strunowce zwane gitarami, idzie im to całkiem nieźle. Sam koncert w jak zwykle fantastycznej atmosferze, kawał dobrego grania, kontaktu z publicznością i humoru. „Always With Me…” Satcha zagrany na start zadziałał na mnie bardzo pozytywnie. Od tego numeru zaczęła się moja przygoda z gitarą – genialny utwór genialnego człowieka. „Mediterranean Sundance” z repertuaru Paco de Lucia, który po raz pierwszy słyszałem z prześwietnego Friday Night in San Francisco w trio z Al di Meolą i Johnem McLauglinem też był dla mnie kluczowym punktem wieczoru. Żeby nie było w pełni coverowo, dostaliśmy również kilka świetnych autorskich kompozycji. Na koniec z sufitu zjechały dla chłopaków 2 butelki piwa pasującego nazwą do zespołu…ot kolejna fajna inicjatywa właściciela Old Timers.
Jak gdzieś na mieście zobaczycie plakat anonsujący koncert Los Desperados to bez wachania po bilety!
A teraz jak zwykle zapraszam na kilka klatek z wieczoru. Nic nie pomarudziłem? Nie może być. Na kontrę w takim razie pójdzie dziś światło – było bez szału do którego zostałem przyzwyczajony. Detal, nadrobimy następnym razem!
Fotografia koncertowa zapraszam.

dance of eternity…pierwsze slowa z Dream Theater

piątek, 1 Styczeń, 2010

Zabieram się i zabieram do stworzenia tych pierwszych, najważniejszych poniekąd słów na nowopowstałym blogu mającym skupiać wrażenia z otaczających mnie światów muzyki i obrazów…mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie, że uda się tchnąć życie w martwy wirtualny twór i utrzymać przy życiu. Lećmy więc.

Był Omar Sosa, o nim przy okazji. Poruszyć trzeba bo to jeden z ciekawszych dla mnie koncertów ubiegłego roku. Kto powiedział, że musi być chronologicznie.
W tle cicho wybrzmiewa Satriani ze swoim „Just Look Up” a ja myślami w Bydgoszczy. „Dance of eternity” tak można streścić koncert Teatru Marzeń na hali Łuczniczka. Zmiana tła na przeszywający werbel Portnoya i precyzyjne dźwięki Petrucciego, Rudessa i fundamentującego to wszystko Myunga. Jeśli istnieje takie zjawisko jak koncert idealny to chyba właśnie taki się odbył. Dream Theater w niesamowitej formie poczęstował nas przekrojem swoich dokonań podanym w dziewięciu kawałkach. Niesamowicie wykonancyh, z należytą perfekcją. Trzy utwory z nowej płyty, trochę starszych jak „Hollow Years”, „One Last Time” i zmiatający mnie z powierzchni planety „Dance of Eternity”. Osobiście brakło mi „Erotomanii”, jednak gdybym zaczął rozwlekać tę listę mogłoby się okazać, że koncert powinien trwać ok. 8 godzin i zawierać połowę twórczości zespołu. Świetne rozbudowane solówki Petrucciego i Rudessa, który jak zawsze malował na swoich syntezatorach fantastyczne frazy. Tym razem do standardowego zestawu dołączył wszechobecny iPhone oraz bezprzewodowy instrument o arcyciekawym kształcie. LaBrie – tak jak nie mogę mu wybaczyć podejścia do coverowania Metallicy tak tutaj był w swoim żywiole doskonale wypełniając utwory swoim oryginalnym wokalem. Po koncercie usłyszałem ciekawe zdanie: „Fajnie było, ale szkoda, że tak wszystko sztywno grają jak na płytach”. Szkoda? Improwizacja w tych kompozycjach jest dla mnie równoznaczna z dopuszczeniem do improwizacji lirycznej. Kompozycje wypracowane w najmniejszym detalu, przemyślane i doskonałe. Całe ich piękno w tej matematycznej dokładności. Solówki to już inna rzecz, to moment w którym można oddać się chwili. Podsumowując – było genialnie. Wrażenie potęgowała możliwość rozmowy z Pietruchą i LaBriem. Ten drugi miło połechtał mnie fotograficznie.Wymieniliśy się autografami, a co…swoją twórczość trzeba nawzajem doceniać :)
Fotografia koncertowa zapraszam.

pagetop

  • .subskrybuj

  • .kontakt

  • .kategorie

  • .archiwum

  • .ostatnio dodane

  • .tagi

  • .komentarze