where the wild wind blows…czyli Nick Cave i Grinderman we Wrocławiu











Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.











Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
Parafrazując stare chińskie powiedzenie „człowiek człowiekowi wilkiem, a kiwi kiwi kiwi” można by je zakończyć „…a Deep Purple Morsem” – tylko po co. Poza tym już w tytule użyłem podobnej składni więc nie ma sensu się powtarzać. Jedziemy!
Zaczęło się od SBB, które ku mojemu zdziwieniu wyszło o kilka dobrych minut wcześniej niż planowano. Większe zdziwienie wywołał u mnie jednak obraz wypełnionego po brzegi Spodka, dawno tego nie było. Dlaczego zdziwienie? Ano dlatego, że purpurowi grają u nas dość często a podczas obecnej trasy zaliczają trzy wizyty na południu Polski – Rzeszów, Katowice i Wrocław. No nieźle.
Wracając jednak do Pana Skrzeka, Anthimosa i Nemetha. 45 minut zróżnicowanej muzyki rozgrzewało fanów na przybycie Deepów. Było spokojnie, było bluesowo, było progresywnie, w skrócie – było dobre SBB.
A gdy Gillan i spółka wkroczyli na deski…
Z tego co można opisać, było wszystko. No, prawie.
Jednak w tej sferze, którą ciężko ubrać w słowa…pochodna klimatu czy energii – nieważne jak to nazwać, bo i niewiele do nazwania niestety zostało. Au, brutalne.
Why so serious? Nie wiem w zasadzie. Siedzi sobie człowiek, patrzy, słucha…a para z komina wciąz bucha. Hmm, chyba coś nie gra…o właśnie – coś nie gra, mimo, że wszyscy grają. No, poza Gillanem, który to z reguły śpiewa. Gardło jednak już zdecydowanie nie to, słychać to dość często niestety. Jednak nie można ekipie zarzucić zdziadziałości – na scenie się dzieje, Glover z Morsem przemieszczają się często i cieszą się graniem – to widać. Paice i Airey z racji pełnionych funkcji przemieszczać się nie mogą, ale nie widać, żeby specjalnie się nudzili także wszystko w porządku.
I mimo tych wszystkich superlatyw narzekam? Wspomniałem wcześniej, że to nieopisywalna sfera zdarzeń.
Wyłuskajmy zatem pozytywy, wyjdzie jeszcze, że malkontent ze mnie jak na rasowego Polaka przystało.
Trylogia w okładce Pana Steva - Contact Lost, When a Blindman Cries i The Well Dressed Guitar. Od razu słychać kto odpowiada za który numer. I o ile nie wyobrażam sobie nikogo innego na początku i końcu wspomnianej trylogii – tak w solówce po magicznym „If You’re leavin’…close the door…I’m not expecting people…anymore…” nie wyobrażam sobie czegoś tak odległego od fraz Blackmore’a. Ale cóż, to zdecydowanie różni rozgrywający nie ma co roztrząsać.
Ciekawe było również solo Aireya. Wstęp do Perfect Strangers poprzedzony klasycznymi tematami oraz Mazurkiem Dąbrowskiego za które Don otrzymał potężne brawa rozpoczął żelazną i obowiązkową część koncertu. Perfect Strangers weszło tak jak nakazuje pierwsza część tytułu. Space Truckin’ i Smoke On The Water może odrobinę mniej, ale żeby ktokolwiek ziewał to raczej nie sądzę. Po krótkiej przerwie, w tzw. bisach usłyszeliśmy jeszcze żywe Hush i kończące występ Black Night.
No i tak. Miała być eksplozja…a był poprostu koncert Deep Purple. Szkoda, że nie miałem okazji oglądać ich trochę wcześniej podczas jednego z 48 występów w naszym kraju. Jednak cieszę się, że mogłem doświadczyć tej legendy na żywo.
Tymczasem zapraszam na doświadczenie kilku zdjęć z tego koncertu:


















Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
Z całkowitą stanowczością mogę powiedzieć, że uroda Vanessy odzwierciedla jej smyczkowe umiejętności. I jeśli trzymać się dalej tych zależności, z podobną stanowczością stwierdzam, że akustyk działający na tym koncercie musi żyć z urodą bardziej ekstremalną niż sam Quasimodo. Jako drugą opcję rozważam też fakt, iż może był to niesłyszący brat niewidomego oświetleniowca z koncertu Dimmu Borgir. Nieważne kto…brzmiało nienajlepiej.
Wszystko z tyłu, bez kopnięcia, bez basu i absolutnie zbyt płasko. Dlaczego się przyczepiłem? Szkoda było tracić to co działo się w tle kiedy Pani Mae tworzyła kolejną lawinę dźwięków swoim smyczkiem…
Pierwszy z dwóch setów trwających 45 minut zaczął się dość spokojnie. Kolejne pozycje z ostatniego studyjnego wydawnictwa Choreography m.in. Roxane’s Veil czy Emerald Tiger tworzyły spokojną atmosferę. Po takim wstępie przyszedł czas na zmianę instrumentu z akustycznych Guadagnini na równie rozpoznawalne w rękach artystki białe, elektryczne Jazz Fusion. Niestety tak jak się spodziewałem – na tak płaskim tle nawet Laughing Buddha, Contradanza czy Hocus Pocus wypadły nad zwyczaj nieenergicznie. Szkoda strasznie, pisałem to już, prawda?
Po zaplanowanej dwudziestominutowej przerwie skład ponownie wyszedł na scenę. Skład, właśnie. Dwóch perkusjonistów i bas tworzący często bardzo ciekawą sekcję rozpływali się po sali przemykając między zgromadzonymi jak chłodny powiew w upalny letni dzień. Czuć było czasem ich obecność, ale ciężko było jej doświadczyć na dłużej i zatrzymać. Dęciak, klawisze i gitara również zlewali się z tłem budowanym z zestawu kilku smyczków siedzących na samym końcu sceny. No jak tak można?
Może zasnął ten gość od suwaczków przeróżnych…
Po przerwie zrobiło się Choreographicznie oraz bardziej klasycznie od pierwszej części, a to za sprawą m.in. Bach Street Preludem czy Sabre Dance.Na koniec wpadła Toccata oraz długie brawa po których rozbrzmiał utwór stworzony przez jegomościa o nazwisku Vivaldi…oczywiście – Storm.
Zabrakło mi takich numerów jak Classical Gas czy Red Hot. Bardzo lubię Violin Player, i przyznać muszę, że czekałem na te pozycje.
Narzekam? Kiedyś można, trzeba wręcz.
Podsumowując – dało się tego słuchać, ale było to podane jak szampan w kartonikowym kubku. Z chęcią wybiorę się jeszcze raz przy najbliższej możliwej okazji i doświadczę tych dźwięków w smukłym kieliszku Riedla ;)
P.S. Obecnie z głośnika sączy się Contradanza i potwierdza, że dźwięk był zupełnie pozbawiony cohones…ale chyba coś o tym wspomniałem na początku.



Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.