dance of eternity…pierwsze slowa z Dream Theater
Zabieram się i zabieram do stworzenia tych pierwszych, najważniejszych poniekąd słów na nowopowstałym blogu mającym skupiać wrażenia z otaczających mnie światów muzyki i obrazów…mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie, że uda się tchnąć życie w martwy wirtualny twór i utrzymać przy życiu. Lećmy więc.
Był Omar Sosa, o nim przy okazji. Poruszyć trzeba bo to jeden z ciekawszych dla mnie koncertów ubiegłego roku. Kto powiedział, że musi być chronologicznie.
W tle cicho wybrzmiewa Satriani ze swoim „Just Look Up” a ja myślami w Bydgoszczy. „Dance of eternity” tak można streścić koncert Teatru Marzeń na hali Łuczniczka. Zmiana tła na przeszywający werbel Portnoya i precyzyjne dźwięki Petrucciego, Rudessa i fundamentującego to wszystko Myunga. Jeśli istnieje takie zjawisko jak koncert idealny to chyba właśnie taki się odbył. Dream Theater w niesamowitej formie poczęstował nas przekrojem swoich dokonań podanym w dziewięciu kawałkach. Niesamowicie wykonancyh, z należytą perfekcją. Trzy utwory z nowej płyty, trochę starszych jak „Hollow Years”, „One Last Time” i zmiatający mnie z powierzchni planety „Dance of Eternity”. Osobiście brakło mi „Erotomanii”, jednak gdybym zaczął rozwlekać tę listę mogłoby się okazać, że koncert powinien trwać ok. 8 godzin i zawierać połowę twórczości zespołu. Świetne rozbudowane solówki Petrucciego i Rudessa, który jak zawsze malował na swoich syntezatorach fantastyczne frazy. Tym razem do standardowego zestawu dołączył wszechobecny iPhone oraz bezprzewodowy instrument o arcyciekawym kształcie. LaBrie – tak jak nie mogę mu wybaczyć podejścia do coverowania Metallicy tak tutaj był w swoim żywiole doskonale wypełniając utwory swoim oryginalnym wokalem. Po koncercie usłyszałem ciekawe zdanie: „Fajnie było, ale szkoda, że tak wszystko sztywno grają jak na płytach”. Szkoda? Improwizacja w tych kompozycjach jest dla mnie równoznaczna z dopuszczeniem do improwizacji lirycznej. Kompozycje wypracowane w najmniejszym detalu, przemyślane i doskonałe. Całe ich piękno w tej matematycznej dokładności. Solówki to już inna rzecz, to moment w którym można oddać się chwili. Podsumowując – było genialnie. Wrażenie potęgowała możliwość rozmowy z Pietruchą i LaBriem. Ten drugi miło połechtał mnie fotograficznie.Wymieniliśy się autografami, a co…swoją twórczość trzeba nawzajem doceniać :)
Fotografia koncertowa zapraszam.
Zostaw komentarz:
TrackBack URL :



