wtorek, 27 Lipiec, 2010
Halo. Raz, dwa…Twoje powieki stają się ciężkie…tri, czeteri…
Wróć. Raz, dwa – próba bloga…chyba działa.
Odpowiadając na stertę maili – blog działa, autor również. Trzeba się wziąć za wszystko i backować on track.
Sporo fajnego się działo przez ostatnie…długo.
Niby można chronologicznie, niemniej jednak odwróćmy kolejność…
…najpierw 100 gram dobrze zmrożonej substancji, a następnie łyk pożywnej zupki.
Przedostatni weekend lipca, tydzień po czeskim Masters of Rock, zawitałem do Lublina. Europe miałem już okazję oglądać w tym roku w Zlinie jednak chciałem zweryfikować chłopaków na koncercie open air i poznać chwalony wszędzie support – Tipsy Train.
Warto było. Rozgrzewka spod znaku czystego solidnego rocka. Kilka autorskich numerów, kilka smaczków jak Holy Diver czy Paranoid, świetny medley przez który przewinęli się „poszukujący zniszczenia” Warriors of the World…dobra rzecz to była. Godzina przyzwoitego grania minęła szybko, zdecydowanie za szybko. Miałem nadzieję na powiew purpury – Perfect Strangers czy może When A Blind Man Cries, ale to następnym razem.
Plac Zamkowy powoli się zapełniał, 20:30 zbliżała się z każdą minutą. Deszcz łaskawie ustał tuż przed koncertem Tipsy Train i już więcej się nie pojawił.
Jeszcze chwila na backstage’u. Chłopaki szykują się do wyjścia. Ian, John Norum, Mic – czekają. Dołączył do nich spokojny John Leven a zaraz po nim wbiegł jak tajfun Joey Tempest. Prelude i Last Look at Eden, początek standardowy na tej trasie. Jest moc. Jest zdecydowanie większa moc niż podczas naszego ostatniego spotkania! Cieszy.
Love Is Not The Enemy i Superstitious spędzone na fotografowaniu, Getaway Plan na wydostaniu się z fosy (też ciekawie się zgrało).
Pozycja dzwiękochłonna zajęta – nieopodal namiotu akustyków – na pierwszy rzut dostaję Carrie a zaraz potem świetne No Stone Unturned. Zadziwiająco dużo ludzi się bawiło biorąc pod uwagę charakter imprezy. Owszem, sporo też było tych, którzy niewątpliwie przyszli na finalne odliczanie…jednak na to będą musieli poczekać do końca. Let The Good Times Rock i Seventh Sign to kolejna porcja dzwięków, po której wybrzmiało „…waking emotion, I thought I’d never find…” czyli New Love In Town z ostatniej płyty. To dobry numer jest!
Cherokee i Rock The Night podczas którego kolejny raz w tym roku oddaliśmy hołd Ronniemu nieśmiertelnym Heaven & Hell. Niestety kolejny raz wykonanie utworu pozostawiło pewien niedosyt. Co tu dużo mówić, Joey Belladonna na Sonisphere postawił poprzeczkę wysoko…a i tak przeszedł na szczudłach pod tą którą postawił Dio.
Na koniec wpadło The Beast – ciężki utwór, cięzki riff, inny od tego do czego Europe przyzwyczaił w swojej karierze. Warto dodać, że cała ostatnia płyta to kawał ciekawego materiału, polecam.
A co wybrzmiało następne? Oczywiście – Final Coundown.
I tak wybiła 22…plac zaczął pustoszeć a my po szybkim przegrupowaniu zaczęliśmy podążać w stronę domów.
Dobry był to wieczór! Zapraszam na trochę zdjęć…





























Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
piątek, 28 Maj, 2010
Będzie, krótko…ale tylko dlatego, że autor pada na twarz…
A kto nie był ten…ten nie stał w kilkugodzinnym korku!
For those about to rock…FIRE!!
Na zdjęcia zapraszam tutaj: galeria na onet.pl
sobota, 22 Maj, 2010
Są kapele, które samą swoją obecnością i muzyką robią tak zwane show. Jest ich masa.
Są kapele, które robią show, jednak muzycznie niekoniecznie. Jest ich…Rammstein.
A Panie, Panowie…Kiss, znacie? W zasadzie kto nie zna, grają już kilka lat. Dokładniej 38. Sami mają około 60tki na karku, a przynajmniej fialry kapeli – Paul i Gene.
Jednak to co ta ekipa tworzy na scenie ciśnie na usta jedno słowo – nieprawda!
(no ok, pierwsze było „oni sa k*a niemożliwi” ale na potrzeby kulturalnej relacji przywołałem powyższe)
Kawał dobrego rocka podpartego tak żywym show, że wielu młodych mogłoby się uczyć. Po nich w ogóle nie widać wieku, szaleństwo na scenie przez ponad 2godziny. Taki mix dwóch przytoczonych na początku przypadków.
A jak to się zaczęło? Kiedy tata i mama się kochają, a motylki…nie, chyba za daleko, chodziło o koncert.
Kurtyna opadła, zadymiło, wystrzeliło…i trzech gitarzystów wyjechało na platformie unosząc się nad perkusistą i lądując chwilę później na scenie.
„Modern Day Delilah” i „Cold Gin” zlatują szybko, niestety tylko tyle mamy czasu na fotografowanie. Inną sprawą jest to, że przez te 10 minut dzieje się wiele. Chłopaki, a właściwie Panowie poprostu dają z siebie wszystko robiąc miny, pozy i grając cały czas z kamerami i publiką.
Zastanawiam się ile kostek traci Paul podczas koncertu. Strzelam, że równowartość niezłego obiadu, rzuca nimi co chwilę i w każdą stronę, wszędzie.
Jako, że trasa promuje ostatnią płytę Sonic Boom, dostajemy przekrój całej kariery zespołu. Na płycie ludzie w przedziale wieku 12-60 lat. Bawią się jak to czesi…statycznie.
Pierwszy set, który solidnie rozruszał płytę – Deuce, Crazy Night i Caling Dr. Love. Słychać, że Paul nie wyciąga już wysokich partii, ale podczas takiego spektaklu nie zwracamy na to uwagi, nie ma sensu.
Po tej trójce, trochę się uspokoiło, przeplotło solówkami Thayera i Singera jednak od strony muzycznej trochę nie wiem po co. Jeśli Gene i Paul chcieli odpocząć to lepiej byłoby zagrać Forever, którego bardzo brakowało.
Odpoczęli jednak i od tego momentu nie było przebaczenia.
Wyszedł Gene ze swoim toporem. Świetlny spektakl z demonicznymi dźwiękami basu a z ust muzyka sączy się sztuczna krew. Po chwili liny porywają go na podest ok. 10 metrów nad sceną a z głośników spływa „I love it loud”. Ten utwór postawiony przy melodyjnych Crazy Night czy Lick It Up pokazuje jak różnorodnie pogrywają Ci wymalowani wariaci.
Potem dalsze żniwa energii – Black Diamond, pierwsza zwrotka Whole Lotta Love i fantastyczne Detroit Rock City.
Światła gasną…a ja czekam, znam setlistę.
Wszystko według planu, dostajemy „I was made for lovin’ You” a Paul ląduje na podeście przy akustykach.
Jak? Zwyczajnie – na linie przeleciał. A co?
Jak już wrócił na scenę to przyszła pora na to, na co czekałem cały wieczór.
Świetny cover wprost z wielkiej podróży Billa i Teda.
Hymn otwierający Revenge z 1992 roku – „God Gave Rock ‘n Roll to You” odśpiewany oczywiście z publiką.
Chyba nikt nie siedział (a to juz dużo jak na ten naród).
Tym samym dobrnęliśmy do końca, prawie. Pozostał jeszcze utwór zamykający koncert. Jakieś takie słabe, niewyraźne pitolenie o Rock and Rollu. Nie wiem o co chodziło, ale wszyscy skakali i darli się wraz z wokalstą – I wanna rock and roll all nNite…and party everyday!!
I jeśli to ma wyglądać tak jak dziś to ja poproszę jeszcze podwójne frytki!
I piwo! I zasmażka!
Finał koncertu wyrwał mi z gardła ostatnie samogłoski zakupione od Pana z dużym wąsem.
Ah, i wybuchy jeszcze były. Dużo wybuchów. Tak właśnie wyglądał show of the year 2010.
Nie sądzę, żeby ktoś to przebił. Na pewno nie w takiej formie.
Za tydzień AcDc, ale to inny kaliber całości. For those about to rock – FIRE – we salute You!
…ale o tym będzie za tydzień, teraz zapraszam na garstkę zdjęć. Stay tuned!
Byłbym zapomniał. Podczas koncertu na scenie wylądowała polska flaga. Jedyny element poza stringami, który dotarł od publiki.
Przy okazji zastanawiam się jak to jest. W przeciągu trzech dni Kiss gra w Czechach dwa razy – Ostrava i Praga. CEZ Arenę odwiedziło ok. 10.000 fanów. Chwilę wcześniej były też Wiedeń i Słowacja. Na każdym z tych eventów lądują fani z Polski, ale u nas koncertu sie nie organizuje…why, dlaczego?














Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.