odkurzanie, czyli kolejny Europe – tym razem w Lublinie…
Halo. Raz, dwa…Twoje powieki stają się ciężkie…tri, czeteri…
Wróć. Raz, dwa – próba bloga…chyba działa.
Odpowiadając na stertę maili – blog działa, autor również. Trzeba się wziąć za wszystko i backować on track.
Sporo fajnego się działo przez ostatnie…długo.
Niby można chronologicznie, niemniej jednak odwróćmy kolejność…
…najpierw 100 gram dobrze zmrożonej substancji, a następnie łyk pożywnej zupki.
Przedostatni weekend lipca, tydzień po czeskim Masters of Rock, zawitałem do Lublina. Europe miałem już okazję oglądać w tym roku w Zlinie jednak chciałem zweryfikować chłopaków na koncercie open air i poznać chwalony wszędzie support – Tipsy Train.
Warto było. Rozgrzewka spod znaku czystego solidnego rocka. Kilka autorskich numerów, kilka smaczków jak Holy Diver czy Paranoid, świetny medley przez który przewinęli się „poszukujący zniszczenia” Warriors of the World…dobra rzecz to była. Godzina przyzwoitego grania minęła szybko, zdecydowanie za szybko. Miałem nadzieję na powiew purpury – Perfect Strangers czy może When A Blind Man Cries, ale to następnym razem.
Plac Zamkowy powoli się zapełniał, 20:30 zbliżała się z każdą minutą. Deszcz łaskawie ustał tuż przed koncertem Tipsy Train i już więcej się nie pojawił.
Jeszcze chwila na backstage’u. Chłopaki szykują się do wyjścia. Ian, John Norum, Mic – czekają. Dołączył do nich spokojny John Leven a zaraz po nim wbiegł jak tajfun Joey Tempest. Prelude i Last Look at Eden, początek standardowy na tej trasie. Jest moc. Jest zdecydowanie większa moc niż podczas naszego ostatniego spotkania! Cieszy.
Love Is Not The Enemy i Superstitious spędzone na fotografowaniu, Getaway Plan na wydostaniu się z fosy (też ciekawie się zgrało).
Pozycja dzwiękochłonna zajęta – nieopodal namiotu akustyków – na pierwszy rzut dostaję Carrie a zaraz potem świetne No Stone Unturned. Zadziwiająco dużo ludzi się bawiło biorąc pod uwagę charakter imprezy. Owszem, sporo też było tych, którzy niewątpliwie przyszli na finalne odliczanie…jednak na to będą musieli poczekać do końca. Let The Good Times Rock i Seventh Sign to kolejna porcja dzwięków, po której wybrzmiało „…waking emotion, I thought I’d never find…” czyli New Love In Town z ostatniej płyty. To dobry numer jest!
Cherokee i Rock The Night podczas którego kolejny raz w tym roku oddaliśmy hołd Ronniemu nieśmiertelnym Heaven & Hell. Niestety kolejny raz wykonanie utworu pozostawiło pewien niedosyt. Co tu dużo mówić, Joey Belladonna na Sonisphere postawił poprzeczkę wysoko…a i tak przeszedł na szczudłach pod tą którą postawił Dio.
Na koniec wpadło The Beast – ciężki utwór, cięzki riff, inny od tego do czego Europe przyzwyczaił w swojej karierze. Warto dodać, że cała ostatnia płyta to kawał ciekawego materiału, polecam.
A co wybrzmiało następne? Oczywiście – Final Coundown.
I tak wybiła 22…plac zaczął pustoszeć a my po szybkim przegrupowaniu zaczęliśmy podążać w stronę domów.
Dobry był to wieczór! Zapraszam na trochę zdjęć…





























Fotografia koncertowa | concert & music photography zapraszam.
