piątek, 30 Kwiecień, 2010
Scena. Na środku krzesło. Wyszedł, usiadł i zaczął plumkać po swojemu. Bobby McFerrin znany chyba przede wszystkim z utworu „Don’t worry be happy” zagrał w zabrzańskim DMiT. Zagrał to akurat dość przewrotnie powiedziane, w każdym razie porwał publiczność.
Najpierw spokojnie siedząc pokazał co i jak potrafi zrobić z dźwiękami, a potem jak zjednać sobie słuchaczy i wykorzystać ich do współtworzenia koncertu. Zapraszał ludzi na scenę by potańczyli. Zapraszał też pod scenę żeby z nim pośpiewali. I to był jeden z ciekawszych momentów wieczoru. Zjawiło się kilka osób, popróbowali z Bobbym na różne sposoby a na końcu dziewczyna, która od początku wydawała się cicha i spokojna…chyba jako jedyna wyraźnie zaskoczyła wokalistę.
- co chcesz zrobić?
- jeszcze nie wiem
- to ja Ci dam minutę, zastanów się, a teraz pośpiewamy z następną osobą
Minuta minęła…a z głośników wylały się frazy Sweet Home Alabama zaśpiewane w spokojnym soulowym stylu.
Świetny duet i paraliżujące wykonanie.
Co poza tym? Znane punkty programu. „Ave Maria” w wykonaniu Bobbyego (Bach) i publiczności (Gounod).
16 osób na scenie tworzących 4 głosowy chór. I tak przez ponad półtorej godziny.
Aaa zapomniałem, był jeszcze Marcin Wyrostek towarzyszący Bobbyemu na akordeonie. Trochę się poprzedrzeźniali na różne dźwięki, pograli parę chwil…i to tyle. Na mnie dużo większe wrażenie zrobił wspomniany cover Lynyrd Skynyrd.
Bisów nie było, za to była możliwość zadania kilku pytań i przekonania się, że poza niesamowitymi możliwościami Bobby to wyluzowany i błyskotliwy facet. Nie dał się zaskoczyć ani jednym pytaniem, za to zawsze zaskoczył odpowiedzią. Udany wieczór.
Teraz przyszła pora na tą część ze zdjęciami. Tutaj trochę gorzej. Światło mocno takie sobie, artysta nieruchomy a na fotografowanie tylko 15 minut. No ale coś tam jednak mam, zapraszam zatem.



Fotografia koncertowa zapraszam.
poniedziałek, 26 Kwiecień, 2010
HoBoLeMa – Holdsworth, Bozzio, Levin, Mastelotto.
„K***a staryyyy” – tak powinna brzmieć relacja z koncertu jeśli opierałbym sie na słowach zasłyszanych pod sceną po koncercie.
Z dwóch powyższych można wywnioskować, że było całkiem nieźle. A było? K***a staryyyy!!!! Tego powinni zabronić!
Ponad 1,5 godziny jazzowej improwizacji. Grania na takim poziomie, który kolokwialnie został opisany w tytule. Bozzio ze swoim największym na świecie zestawem zawierającym 150 bębnów, 49 stóp i 350 talerzy. Do tego 14 rąk i przynajmniej 7 nóg. Mam też wrażenie, że obsługują to conajmniej 4 mózgi. Ok, poważnie – 21 stopek podłączonych m.in. do 8 centralek, 48 talerzy, 25 tomów. Daje to 35 strojonych bębnów. Mastelotto tworzył dla Terrego niezłe tło do popisów i kombinował różne ciekawostki z padami i smyczkami. Krótko mówiąc, od strony perkusyjnej nudno nie było. Jako, że na basie pogania Levin to i tutaj raczej nie dało się nudzić. Szkoda trochę, że nie widzieliśmy funk fingerów w akcji. A Holdsworth? Fizycznie schował się w kąciku za głośnikiem za to muzycznie było zupełnie inaczej.
I tak minuta po minucie docieraliśmy do końca tego spektaklu. Jak już pisałem, ponad 1,5 godziny improwizacji w fenomenalnym stylu. Tak właśnie, improwizacji – tak też Terry opisał sytuację pod koniec występu.
Fotograficznie ponarzekam sobie na światło, acz zaskoczeniem to dla mnie nie było – w końcu koncert odbył się w Mega Clubie ;) Jedna przedziwna rzecz – po 15-20 minutach podczas jednego z najspokojniejszych momentów koncertu kilka wentylatorów targanych potrzebą wymiany powietrza w lokalu rozwyło się niemiłosiernie zakłócając dochodzące ze sceny dźwięki. To może działa podczas głośniejszych imprez, lecz dziś – zdecydowane pa-fą (czy tam faux pas, jak kto woli). Jeden plus – faktycznie orzeźwiający i przyjemny chłodek.
A teraz garstka zdjęć. Do następnego!









Fotografia koncertowa zapraszam.
środa, 14 Kwiecień, 2010
Dużo zajęć, duże opóźnienia…niedobrze. Znaczy dobrze, ale nie lubię i nie chcę zaniedbywać tego miejsca…i jeszcze kilku innych…no ale do rzeczy.
Miał być muzyczny weekend lecz z wiadomych względów był tylko piątek. Piątek pod znakiem Los Desperados w Old Timers Garage. O miejscu już pisałem, same pozytywy, a gwiazda wieczoru pasowała tutaj w 100%. Świetne granie na 2 pudła. Joe Satriani, Paco de Lucia, Pat Metheny, Dream Theater, Mozart, Steve Morse, Django Reinhardt…dużo tego i różnorodnie. Dzięki temu właśnie fantastycznie się słuchało a czas zleciał szybciej niż potok dźwięków płynących ze sceny. Jak mówili wykonawcy – był to muzyczny przekrój przez czasy kiedy grali na skrzypcach, fortepianach czy innych grzebieniach. Dobrze, że wybrali strunowce zwane gitarami, idzie im to całkiem nieźle. Sam koncert w jak zwykle fantastycznej atmosferze, kawał dobrego grania, kontaktu z publicznością i humoru. „Always With Me…” Satcha zagrany na start zadziałał na mnie bardzo pozytywnie. Od tego numeru zaczęła się moja przygoda z gitarą – genialny utwór genialnego człowieka. „Mediterranean Sundance” z repertuaru Paco de Lucia, który po raz pierwszy słyszałem z prześwietnego Friday Night in San Francisco w trio z Al di Meolą i Johnem McLauglinem też był dla mnie kluczowym punktem wieczoru. Żeby nie było w pełni coverowo, dostaliśmy również kilka świetnych autorskich kompozycji. Na koniec z sufitu zjechały dla chłopaków 2 butelki piwa pasującego nazwą do zespołu…ot kolejna fajna inicjatywa właściciela Old Timers.
Jak gdzieś na mieście zobaczycie plakat anonsujący koncert Los Desperados to bez wachania po bilety!
A teraz jak zwykle zapraszam na kilka klatek z wieczoru. Nic nie pomarudziłem? Nie może być. Na kontrę w takim razie pójdzie dziś światło – było bez szału do którego zostałem przyzwyczajony. Detal, nadrobimy następnym razem! 









Fotografia koncertowa zapraszam.
