środa, 7 Październik, 2009
4 godziny Dżemowania. Akustycznie, z orkiestrą i zelektrycznym kopem. Sebastian, Jacek. W dużym skrócie tak to właśnie wyglądało.
Świetny początek akustycznym “Zapal Świeczkę” a potem było tylko lepiej. “Uśmiech śmierci” również w bezprądowym wykonaniu, jeden z moich ulubionych, nie ukrywam. Po zakończeniu części anplagd – kurtyna w górę. Orkiestra Andrzeja Marko z którą zespół nagrał projekt „Dżem w Operze” pojawia się za plecami kapeli i wypełnia aranże dzwiękami swoich instrumentów. “Modlitwa” – zapomniałem się całkowicie w tym kawałku, mimo że z ust Maćka nie brzmi autentycznie…to sam Maciek poprostu robi cuda z balladami. Niesamowitym wykonaniem zaskoczyła mnie “Ballada o dziwnym malarzu”. Zaśpiewał Richard, zaklawiszył Paweł a kapela dzielnie im wtórowała. Ciekawe jakie to było dla nich uczucie. Instrumentalnie piękny koncert, widać było, że Jurek cieszy się z każdej nuty, Adam ze swoimi frazami sprawiał, że chciałem poprostu chłonąć lawinę perfekcyjnych dźwięków. Owszem, czasem słucham wybiórczo, lubię wyłuskać grę gitar lub perkusji i wsłuchać się we wszystkie serwowane detale.
“Sen o Victorii”, “Skazany na bluesa”…czy muszę pisać więcej? Czekamy teraz na DVD.
Światło było w porządku. Osobiście nie lubię tak oczywistego podania, gustuję raczej w teatralnych zagrywkach kontrą, grze światłocienia. Jednak doskonale się patrzało i napewno całość będzie doskonale wyglądać na płycie.
Słowo o nagłośnieniu. Na płycie i dolnych sektorach było idealnie. Selektywnie i z perfekcyjnym natężeniem. 4 godziny i zero zmęczenia dźwiękami, wręcz z ochotą na jeszcze.
Kilka razy przytoczyłem już moją opinię o koncercie Dżemu na Festiwalu im. Riedla, który odbył się w Chorzowie. Jedno zdanie – ogolony Maciek śpiewał tak jak wyglądał – gładko i bez zadziora. Muzycznie również mnie nie porwało.
Spodek – całkowite odkupienie. Dzięki za ten spektakl. Pomysł z corocznym obchodzeniem urodzin w ten sposób jest conajmniej wart rozważenia :)
Jeden z najlepszych na jakich byłem, zaliczam do nich Festiwal 2006 i Zabrzańską doskonałość ku pamięci Pawła.
![_MG_9558 fotografia koncertowa dzem | fot. Adam Jędrysik [jedrysik.com]](http://blog.jedrysik.com/wp-content/uploads/MG_9558.jpg)
![_MG_9508 fotografia koncertowa dzem | fot. Adam Jędrysik [jedrysik.com]](http://blog.jedrysik.com/wp-content/uploads/MG_9508.jpg)
![_MG_9454 fotografia koncertowa dzem | fot. Adam Jędrysik [jedrysik.com]](http://blog.jedrysik.com/wp-content/uploads/MG_9454.jpg)
![_MG_9377 fotografia koncertowa dzem | fot. Adam Jędrysik [jedrysik.com]](http://blog.jedrysik.com/wp-content/uploads/MG_9377.jpg)
![_MG_9151 fotografia koncertowa dzem | fot. Adam Jędrysik [jedrysik.com]](http://blog.jedrysik.com/wp-content/uploads/MG_9151.jpg)
Fotografia koncertowa zapraszam.
czwartek, 1 Październik, 2009
Zabieram się i zabieram do stworzenia tych pierwszych, najważniejszych poniekąd słów na nowopowstałym blogu mającym skupiać wrażenia z otaczających mnie światów muzyki i obrazów…mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie, że uda się tchnąć życie w martwy wirtualny twór i utrzymać przy życiu. Lećmy więc.
Był Omar Sosa, o nim przy okazji. Poruszyć trzeba bo to jeden z ciekawszych dla mnie koncertów tego roku. Kto powiedział, że musi być chronologicznie.
W tle cicho wybrzmiewa Satriani ze swoim „Just Look Up” a ja myślami w Bydgoszczy. „Dance of eternity” tak można streścić koncert Teatru Marzeń na hali Łuczniczka. Zmiana tła na przeszywający werbel Portnoya i precyzyjne dźwięki Petrucciego, Rudessa i fundamentującego to wszystki Myunga. Jeśli istnieje takie zjawisko jak koncert idealny to chyba właśnie taki się odbył. Dream Theater w niesamowitej formie poczęstował nas przekrojem swoich dokonań podanym w dziewięciu kawałkach. Niesamowicie wykonancyh, z należytą perfekcją. Trzy utwory z nowej płyty, trochę starszych jak „Hollow Years”, „One Last Time” i zmiatający mnie z powierzchni planety „Dance of Eternity”. Osobiście brakło mi „Erotomanii”, jednak gdybym zaczął rozwlekać tę listę mogłoby się okazać, że koncert powinien trwać ok. 8 godzin i zawierać połowę twórczości zespołu. Świetne rozbudowane solówki Petrucciego i Rudessa, który jak zawsze malował na swoich syntezatorach fantastyczne frazy. Tym razem do standardowego zestawu dołączył wszechobecny iPhone oraz bezprzewodowy instrument o arcyciekawym kształcie. LaBrie – tak jak nie mogę mu wybaczyć podejścia do coverowania Metallicy tak tutaj był w swoim żywiole doskonale wypełniając utwory swoim oryginalnym wokalem. Po koncercie usłyszałem ciekawe zdanie: „Fajnie było, ale szkoda, że tak wszystko sztywno grają jak na płytach”. Szkoda? Improwizacja w tych kompozycjach jest dla mnie równoznaczna z dopuszczeniem do improwizacji lirycznej. Kompozycje wypracowane w najmniejszym detalu, przemyślane i doskonałe. Całe ich piękno w tej matematycznej dokładności. Solówki to już inna rzecz, to moment w którym można oddać się chwili. Podsumowując – było genialnie. Wrażenie potęgowała możliwość rozmowy z Pietruchą i LaBriem. Ten drugi miło połechtał mnie fotograficznie.Wymieniliśy się autografami, a co…swoją twórczość trzeba nawzajem doceniać :)
Fotografia koncertowa zapraszam.